Dar Ciszy · tom 1, rozdział 1 (fragment)

Ślad na śniegu

⏱ ok. 6 min czytania Kontekst: Druga zima od końca świata. Do tawerny w Vinny wchodzi zakapturzony włóczęga, który płaci srebrem i siada plecami do ściany. Trzej mężczyźni już go szukają.

Zima w Vinny miała smak sadzy i zamarzniętego błota. Mróz siedział tu w kamieniu, w ścianach i w ludziach; każdy oddech drapał gardło jak pył ze stłuczonego szkła. Druga Zmarzlina od czasu, gdy świat się skończył. Erren dawno przestał liczyć dni.

Erren wszedł do tawerny „Pod Złamanym Kołem" tak jak każdego wieczoru od niemal tygodnia. Na ułamek sekundy gwar rozmów zamarł. Kilkadziesiąt par oczu spoczęło na wysokiej, zakapturzonej postaci.

Było w Errenie coś – może sposób, w jaki się poruszał, oszczędny i cichy jak drapieżnik, a może chłód, który wnosił ze sobą – co instynktownie kazało ludziom milknąć.

Po chwili, gdy uznano, że nie stanowi natychmiastowego zagrożenia, izba wróciła do swojego rytmu. Gdzieś od strony paleniska dobiegł urwany szept: …mówią, że Vencora trzyma się jeszcze, ale wojsko zamknęło bramy… Brzęk kufli i pijackie śpiewy znów wypełniły duszne powietrze.

Erren odetchnął płytko. Nienawidził tłumów, ale samotność na szlaku była gorsza – wtedy cisza w głowie stawała się zbyt głośna.

Zrzucił śnieg z płaszcza – tkanina była szorstka, znoszona i pocerowana w tuzinie miejsc – i ruszył do bocznej izby, gdzie było spokojniej: mniej dymu, mniej spojrzeń. Usiadł przy swoim stałym stoliku w cieniu, plecami do ściany, twarzą do sali. To był nawyk, którego nie wypleniły z niego ani śmierć, ani czas.

Zamachał ręką. Zufa, tutejsza dziewczyna o zmęczonych oczach i szybkich rękach, podeszła po chwili, niosąc karafkę wina i wyszczerbiony gliniany kubek. Erren położył na stole monetę. Srebro lśniło nienaturalnie jasno na brudnym, pociętym nożami blacie.

– To za cały wieczór – mruknął.

Zufa uśmiechnęła się z wdzięcznością, zgarniając monetę. Większość tutejszych płaciła miedziakami lub obietnicami.

– Jak zawsze hojny – powiedziała, nalewając wino. – Ale pan znowu wygląda, jakby niósł na plecach trumnę.

Erren uniósł wzrok. Dziewczyna mówiła w dialekcie Trzech Jezior, miękkim i śpiewnym, który gryzł się z surowością tego miejsca. Nie miał ochoty na rozmowę, ale Zufa była chyba jedyną osobą od miesięcy, która patrzyła na niego bez lęku.

– Ciężki rok – odpowiedział, a jego głos był chropowaty od nieużywania. – Zima daje w kość.

– Pan nie jest stąd – stwierdziła, nie pytając. – Czeka pan na kogoś?

– Czekam na roztopy. Jak tylko szlak będzie przejezdny, ruszam dalej. Długa droga przede mną.

– Dokąd pan zmierza, jeśli można zapytać?

Erren zawahał się. Do domu? Do swojego grobu? Do piekła, gdzie wyraźnie zmierzała jego dusza?

– Na wschód – odpowiedział w końcu. – Zawsze na wschód.

Chciała zapytać o coś jeszcze, ale krzyk jakiegoś kupca z głównej sali oderwał ją od stolika. – Na Arna, to oszustwo! – zaryczał gruby głos znad kości. Rzuciła Errenowi przepraszające spojrzenie i odeszła.

Został sam. Objął dłońmi kubek. Wino było podłe, kwaśne i tylko letnie, ale nie pił go dla smaku. Pił, by zagłuszyć inną potrzebę. Głód. Tępy, nieustanny ucisk w żołądku, którego nie mogło zaspokoić nic, co dało się zjeść.

Minęły trzy kwadranse, gdy to poczuł.

Szarpnięcie, jak rozgrzany pręt przyłożony do lewego obojczyka. Blizna na szyi zapulsowała bólem tak nagłym, że Erren prawie upuścił kubek.

Magia.

Jego dłoń instynktownie powędrowała pod płaszcz, na rękojeść miecza. Przesunął wzrokiem po sali. Wszystko wyglądało normalnie, poza trzema mężczyznami, którzy właśnie weszli do środka. Nie wyglądali na miejscowych pijaków. Poruszali się zbyt trzeźwo, zbyt czujnie.

Środkowy był wysoki, o jasnych włosach i twarzy, która nie pasowała do żołnierskiego rzemiosła – zbyt delikatnej, prawie kobiecej. Po jego bokach stało dwóch zbirów o barach szerokich jak u kowali. Blondyn szeptał coś do nich, wskazując dyskretnie na boczną izbę.

Erren się skrzywił. Blizna zapulsowała w rytm ich kroków. Szukali go. Tyle że to nie miało sensu. Był duchem, zwłokami zakopanymi dawno temu na drugim końcu kontynentu. Nikt tutaj nie znał jego twarzy. A jednak ci ludzie mieli ze sobą coś, co wyraźnie reagowało na jego obecność tak samo, jak on reagował na nich.

Lider syknął coś do swoich ludzi i cała trójka wycofała się w cień przy wyjściu. Czekali.

Erren dopił wino jednym haustem. Nie mógł tu zostać. Jeśli rozpęta się piekło wewnątrz, Zufa i inni oberwą rykoszetem. A on, mimo wszystko, wciąż wmawiał sobie, że wcale nie jest potworem.

Wstał powoli. Poprawił pas z mieczem, ukrywając broń pod połami płaszcza. Kiedy mijał Zufę, skinął jej głową – nieme pożegnanie, którego pewnie nawet nie zauważyła.

Wyszedł w noc.

Mróz uderzył go w twarz, ale Erren go zignorował. Odszedł parę kroków od wejścia w cień okapu. Śnieg skrzypiał pod butami. Palcami sprawdził, czy miecz siedzi luźno w pochwie.

Nie musiał długo czekać.

Drzwi tawerny otworzyły się z trzaskiem i cała trójka wypadła na zewnątrz. Rozglądali się nerwowo, mrużąc oczy w ciemnościach. Blondyn trzymał dłoń na czymś, co wisiało na jego szyi.

– Mnie szukacie, chłopcy? – zapytał Erren, wychodząc z cienia. Jego głos był spokojny, ale wyraźny w mroźnym powietrzu.

Trójka mężczyzn odwróciła się gwałtownie.

– Jeśli nazywasz się Danwan, to tak – odpowiedział blondyn.

Dźwięk własnego nazwiska uderzył go mocniej niż mróz. Danwan. Nie słyszał go od lat. Myślał, że to imię umarło razem z trupem zakopanym pod Elearą.

– A w jakimże celu szukacie tego… Danwana? – zapytał, starając się, by w jego głosie brzmiała tylko ciekawość, a nie lęk.

– Mamy dla niego wiadomość – powiedział blondyn, robiąc krok do przodu. Jego dłoń powędrowała do pasa.

– W takim razie przykro mi – Erren wzruszył ramionami, napinając mięśnie. – Nie znam typa.

Zaczął się odwracać, udając obojętność, ale jego zmysły pracowały na najwyższych obrotach. Usłyszał chrzęst skóry, szelest materiału i ten suchy, charakterystyczny dźwięk naciąganego rzemienia.

Proca.

Próbował się uchylić, ale był o ułamek sekundy za wolny.

Kamień uderzył go w skroń z siłą młota. Świat eksplodował bielą. Erren zachwiał się, czując, jak ciepła krew natychmiast zalewa mu lewe oko.

– Brać go! – wrzasnął blondyn.

Erren nie czekał. Ból w głowie był ogłuszający, a blizna na ramieniu wrzeszczała, domagając się, by użył Głodu. Czuł na języku metaliczny smak magii, którą mieli ze sobą. Mógł to zakończyć jednym gestem dłoni.

Nie.

Zacisnął zęby. Stal. Stal jest uczciwsza.

Przetoczył się w bok, unikając cięcia, które miało go wypatroszyć. Wstał płynnie, a jego miecz opuścił pochwę z cichym sykiem. Klinga, choć teraz pozbawiona już ozdobnych kamieni, wciąż była arcydziełem stworzonym przez kastijskich kowali. Ciemna stal błysnęła w świetle księżyca.

Napastnicy zawahali się. Może i znali jego nazwisko, ale wyraźnie nie spodziewali się, że włóczęga w łachmanach wyciągnie broń wartą więcej niż cała tawerna.

– Na co czekacie?! – krzyknął blondyn.

Ruszyli. Dwóch z mieczami, trzeci z tyłu, ładując procę.

Erren odciął się od bólu. Stał się tańcem stali i kroków. Sparował niezdarny cios pierwszego osiłka, wykorzystując impet wroga, by pchnąć go na ścianę budynku. Jednocześnie kopnął drugiego w kolano, łamiąc staw z ohydnym chrupnięciem.

Poczuł kolejne uderzenie kamienia – tym razem w udo. Syknął, przyklękając. Pierwszy zbir, ten pchnięty na ścianę, rzucił się na niego z rykiem.

Erren nie myślał. Jego ciało pamiętało lata walk w armii. Zrobił unik, przepuszczając ostrze wroga o włos od swojej szyi, i wbił własny miecz pod pachę napastnika, prosto w serce.

Co dalej? Ktoś wiedział, że Erren żyje. Może wiedział też, czym się stał — a trop prowadzi do Daant. Więcej o książce.

© Jan Dzikowski. Fragment powieści „Dar Ciszy" (tom 1). Wszelkie prawa zastrzeżone — udostępnianie poza tą stroną wymaga zgody autora.


← Wróć do czytelni