Intencja · rozdział 1 (fragment)

Zanim gwiazdy zbledną

⏱ ok. 5 min czytania Kontekst: Kael budzi się z koszmaru, którego nie pamięta. Przed chatą matka nuci kołysankę, której nikt inny nie zna — i patrzy na wschód, gdzie w nocy spadła gwiazda.

Kael obudził się, zanim pierwszy promień słońca zdążył przecisnąć się przez szparę w drewnianej okiennicy. Nie był to jeden z tych przyjemnych poranków, gdy człowiek budzi się powoli, przeciągając się leniwie i z uśmiechem wita nowy dzień. Wybudzenie było brutalne jak zimny sztylet wbity w sen – gwałtowne i dezorientujące. Przez kilka uderzeń serca Kael nie wiedział, gdzie jest, a jego umysł zawieszony był między jawą a odchodzącym koszmarem. Oddychał ciężko, a jego serce biło jak dzwon. W ustach czuł metaliczny posmak strachu, a na karku nieprzyjemne mrowienie, jakby ktoś stał tuż za nim i go obserwował. Choć nie pamiętał, o czym śnił, jego ciało wciąż reagowało na coś, co pozostało w mroku jego umysłu.

W chacie panował półmrok. Słyszał miarowy oddech młodszych sióstr, śpiących na posłaniu pod przeciwległą ścianą. Spokojny, dziecięcy oddech, tak różny od jego własnego, urywającego się i płytkiego.

Kael usiadł na łóżku i przetarł oczy. Siennik zaszeleścił, a drewniane elementy łóżka skrzypnęły. Zmartwił się, czy kogoś nie obudził, ale bliźniaczki, Nyra i Ayla, spały mocno, jak zwykle.

W izbie było chłodno. Dogasający w palenisku ogień rzucał ostatnie, niepewne światło, które tańczyło po ścianach jak złociste duchy. Przez szpary między deskami podłogi przedostawały się macki zimnego powietrza, oplatając bose stopy Kaela, gdy opuścił je na ziemię. W takie ranki – myślał Kael – najlepiej byłoby zostać pod kołdrą, zagrzebać się głębiej w sienniku i przespać jeszcze tę ciszę przed świtem. Jednak dręczyła go jakaś myśl, wrażenie, którego nie potrafił nazwać.

Wstał i bezszelestnie, omijając skrzypiące deski podłogi, podszedł do okna. Matka nabrała zwyczaju otwierania okien na oścież o świcie, jednak by nie budzić innych domowników, robiła to dopiero, gdy wszyscy wstali.

Okiennice były uchylone. Przez szparę Kael zauważył smukłą sylwetkę matki stojącej przed chatą. Miranel stała nieruchomo, wpatrzona w niebo na wschodzie. Pomyślał, że może mama też czasem się boi, tak jak on boi się ciemności. Świt jeszcze nie nastał, ale niebo zaczynało się już rozjaśniać, przybierając barwę bladego błękitu. Kael widział profil matki – jej prosty nos, łagodną linię ust, które teraz były zaciśnięte, jakby się martwiła. Nuciła coś cicho, melodię, której Kael nigdy wcześniej nie słyszał. Płynące dźwięki niosły w sobie dawny smutek, jakby melodia pamiętała czasy, o których wszyscy już zapomnieli.

Kael pchnął nieco okiennicę, która skrzypnęła cicho. Matka odwróciła głowę.

– Kael? – Jej głos, wcześniej miękki i odległy jak echo w górach, natychmiast nabrał ostrości i ciepła, gdy go dostrzegła. – Czemu nie śpisz o tej porze? Słońce jeszcze nawet nie wstało.

– Już się wyspałem – skłamał. Wolał nie mówić mamie o koszmarze, zwłaszcza że nie pamiętał, co mu się śniło.

Miranel podeszła do okna i objęła jego twarz dłońmi chłodnymi od porannego powietrza. Ich dotyk niósł ukojenie jak zawsze. Jej palce – długie i smukłe – choć należały do kobiety o delikatnych rysach, nosiły ślady ciężkiej pracy i nabrały zadziwiającej siły. Były to dłonie uzdrowicielki – pewne, precyzyjne, zdolne zarówno uspokoić gorączkujące dziecko, jak i zmiażdżyć zioło na proszek jednym naciskiem.

– Co to za piosenka? – Przechylił lekko głowę, próbując przypomnieć sobie jej brzmienie. – Ta, którą nuciłaś?

Przez twarz Miranel przebiegł cień, jakby chmura przesłoniła na moment słońce jej pogody ducha. Jej palce zacisnęły się lekko na jego ramieniu, a wzrok na moment uciekł w bok, jakby szukając odpowiedzi gdzieś w oddali.

– Stara kołysanka – odpowiedziała po chwili wahania. – Z rodzinnych stron mojej babki.

– Nigdy wcześniej jej nie słyszałem.

– Rzadko ją śpiewam – przyznała matka. – Przywołuje... wspomnienia.

Powiodła palcami po jego potarganych włosach, a potem delikatnie dotknęła kciukiem jego czoła. Kael wyczuł, że kreśli na nim jakiś znak. Powiedziała mu kiedyś, że to Znak Ciszy. Mówiła, że według dawnych wierzeń potrafił powstrzymać nieostrożną osobę przed wypowiedzeniem słów, które mogły sprowadzić na niego nieszczęście.

– Niebo było pełne gwiazd w nocy – powiedziała cicho matka. – Jedna spadła na wschodzie.

Kael zadrżał mimo woli. Słyszał kiedyś, że kiedy spadała gwiazda, to znaczy, że bogowie wypowiedzieli czyjeś imię. I jeżeli ten ktoś nie zdąży powiedzieć życzenia w jej blasku, bogowie mogą tę osobę zabrać.

– Wypowiedziałaś życzenie? – zapytał.

Miranel uśmiechnęła się lekko, ale jej oczy pozostały poważne.

– Oczywiście, że tak – odpowiedziała. – Zawsze wypowiadam życzenie, kiedy widzę spadającą gwiazdę.

Przesunęła dłonią po twarzy Kaela, jakby sprawdzając, czy na pewno jest prawdziwy, a nie jest tylko złudzeniem, które może rozwiać się w porannej mgle.

– Twój ojciec powinien wrócić za kilka dni – powiedziała, zmieniając temat. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, karawana dotrze z powrotem w ciągu tygodnia.

Kael przytaknął. Nie był pewien, co czuje na myśl o powrocie ojca. Imraz był surowym człowiekiem, oszczędnym w słowach i uczuciach. Nie był okrutny, po prostu... odległy. Jakby część jego duszy wciąż była uwięziona w przeszłości, w czasach i miejscach, o których nigdy nie chciał opowiadać.

Chłopiec ciągle miał przed oczami tamtą scenę sprzed trzech miesięcy, gdy poprosił ojca, by nauczył go walczyć mieczem. Twarz Imraza stężała wtedy, w oczach pojawił się ten sam odległy wyraz, który Kael widział zawsze, gdy ktoś wspominał o inkwizytorach czy Kościele Światła. „Nie" – powiedział tylko ojciec i odwrócił się bez słowa wyjaśnienia. Później matka wytłumaczyła Kaelowi, że ojciec miał swoje powody, ale jakie – tego już nie wyjawiła.

Mimo to Kael tęsknił za ojcem, tęsknił za tymi rzadkimi momentami bliskości, gdy Imraz uczył go, jak wykrywać ślady zwierząt w lesie, pokazywał, jak wycinać zabawki z drewna, albo opowiadał historie o miastach, które widział podczas swoich podróży. W takich chwilach ojciec stawał się innym człowiekiem – jego głos nabierał barwy, ruchom nie brakowało czułości, a oczy skupiały się na synu, naprawdę go widząc. Te chwile były jak przebłyski słońca w pochmurny dzień – rzadkie, krótkotrwałe, ale tym cenniejsze.

– A teraz – powiedziała Miranel tonem nieznoszącym sprzeciwu, odsuwając się od okna – wracaj do łóżka. Jest jeszcze wcześnie, a dzień będzie długi.

Kael posłusznie wrócił na siennik, ale długo nie mógł zasnąć. Ciągle myślał o tym, co mama mówiła o spadającej gwieździe i o tej smutnej piosence, którą nuciła. Chciał ją o to wszystko zapytać, ale bał się, że się zezłości. W końcu jednak zmorzył go sen.

Co dalej? Zwyczajny świat Kaela ma przed sobą jeszcze kilka spokojnych dni — a potem nadejdzie noc Próby Czystości. Więcej o książce · poprzedni fragment: prolog.

© Jan Dzikowski. Fragment powieści „Intencja" (cykl Pieśń Skażenia). Wszelkie prawa zastrzeżone — udostępnianie poza tą stroną wymaga zgody autora.


← Wróć do czytelni