Intencja · prolog · 90 lat przed właściwą historią

Mgła nad Ghardal

⏱ ok. 5 min czytania Kontekst: Delegacja z Artever przybywa na wyspę, na której górnicy odmawiają zejścia pod ziemię. W kopalni czeka coś, co nie odbija światła — ono się nim żywi.

Mgła nad Ghardal nie poruszała się jak zwykła mgła. Sunęła po wybrzeżu z celowością drapieżnika – powolna, metodyczna, badająca każdą szczelinę w mokrych deskach pomostu. Oraena Tirranel obserwowała ją, stojąc na pokładzie statku, który zbliżał się do brzegu w niemal absolutnej ciszy. Morze było nienaturalnie spokojne.

Z tym miejscem jest coś fundamentalnie nie tak — pomyślała, zaciskając palce w skórzanej rękawicy tak mocno, że usłyszała cichy skrzyp materiału. Jako Wielka Rzemieślniczka Artever znała setki wysp i portów, ale nigdzie wcześniej nie czuła takiej mieszaniny zapachów: soli, pleśni i czegoś przypominającego zapach grobowca zapieczętowanego przez stulecia.

Statek przybił do brzegu z cichym westchnieniem drewna i wody. Żaden z członków delegacji nie odważył się przerwać ciszy. Oraena pierwsza postawiła stopę na pomoście, który ugiął się nieznacznie pod jej ciężarem. Za nią podążył Kirian, wysłannik Kościoła Daru Nowej Magii. Jego pomarszczona twarz pozostawała nieprzenikniona, ale dłonie, zawsze ukryte w obszernych rękawach, drżały lekko. Mruknął cichą modlitwę do Elary Niewypowiedzianej, bogini Słowa i Ciszy, zanim dołączył do Oraeny na brzegu. Wreszcie cała delegacja, licząca w sumie pół tuzina osób, opuściła zacumowany statek.

Rhun Volbrecht, obecny nadzorca kopalni, chudy mężczyzna o napiętych rysach, spojrzał na nich z niecierpliwością i niepokojem. Gwardziści za nim trzymali ręce na rękojeściach mieczy, choć Oraena nie dostrzegała żadnego oczywistego zagrożenia.

– Spóźniliście się – odezwał się Rhun, a w jego głosie zabrzmiała nuta nerwowości. – Trzeba coś z tym zrobić natychmiast. Ludzie odmawiają pracy. Boją się tego... czegoś.

Oraena zmrużyła oczy. Już po pierwszych krokach na tej wyspie wiedziała, że coś jest nie tak. Ghardal, choć ponura i niegościnna, nie była znana jako miejsce, w którym górnicy drżeli ze strachu z byle powodu.

– Czegoś? – powtórzyła, a jej głos był chłodny i precyzyjny jak ostrze chirurga. – Potrzebujemy konkretów, nie niejasnych aluzji.

Nadzorca nerwowo oblizał wargi.

– Nie wiem, czym to coś jest – przyznał, spuszczając wzrok, jakby sam był zawstydzony swoim strachem. – Ale ludzie plotkują i odmawiają zejścia na dół, przez co od kilku dni wydobycie spadło niemal do zera.

Spojrzała na Kiriana, którego oczy wyrażały ten sam niepokój, który czuła ona sama. Przybyli tu, aby rozwiązać problem, nie zagadkę. Oboje mieli wrócić do Artever przed następną pełnią.

– Prowadź – poleciła w końcu.

Rhun kiwnął głową i poprowadził ich przez kamienne korytarze kopalni w głąb ziemi i coraz większej ciemności.

Im niżej schodzili, tym bardziej powietrze gęstniało, a dźwięki otoczenia cichły. Było w tej ciszy coś, co sprawiało, że zwykły odgłos kroków brzmiał jak bluźnierstwo, a płomienie pochodni kurczyły się, jakby same obawiały się oświetlać to miejsce. Wilgoć ściekająca po kamiennych ścianach miała metaliczny zapach, przywołujący skojarzenie ze świeżo przelaną krwią.

Oraena znała różne rodzaje strachu. Widziała go w oczach żołnierzy przed bitwą, w twarzach adeptów magii, którzy przekroczyli zakazane granice, w spojrzeniu męża podczas trudnych narodzin ich córki. Jednak ten tutaj był inny – bardziej pierwotny. Miało się wrażenie, jakby otaczał ich ze wszystkich stron niczym niewidzialna sieć.

Wreszcie dotarli do tunelu – nowo odkrytego przejścia, o którym donieśli górnicy. Było tu inaczej niż w pozostałej części kopalni: ściany lśniły osobliwym blaskiem, a żyły rudy pulsowały delikatnym światłem.

Chwilę później zobaczyli źródło całego tego zamieszania. Powód, dla którego zostali wezwani w tak pilnym trybie.

Kamień. Kryształ?

Nie przypominał żadnego minerału, jaki Oraena widziała w ciągu swoich czterdziestu sześciu lat życia. Jego powierzchnia zdawała się nie mieć stałej formy – zmieniała się, przepływając między kolorami, które nie należały do naturalnego spektrum – głęboki kobalt płonął tuż obok zieleni tak intensywnej, że raniła oczy, a między nimi pulsowały odcienie, dla których w ludzkim języku nie istniały nazwy. Bardziej niepokojący był jednak sposób, w jaki kamień reagował na światło – nie odbijał go, ale zdawał się je pochłaniać, jakby żywił się jego esencją.

Co dalej? Tu urywam — bo to, co wydarzy się w tej kopalni, zmieni świat na dziewięćdziesiąt lat i otworzy właściwą historię Intencji. Więcej o książce · następny fragment: rozdział pierwszy.

© Jan Dzikowski. Fragment powieści „Intencja" (cykl Pieśń Skażenia). Wszelkie prawa zastrzeżone — udostępnianie poza tą stroną wymaga zgody autora.


← Wróć do czytelni