Nej, tack · rozdział 1 (fragment)

Poranek w Löberöd

⏱ ok. 4 min czytania Kontekst: Łazienka bez drzwi, bojler powiązany z fazami księżyca i Volvo od Wieśka. Jeden zwyczajny poranek Zbyszka Świnki — mistrza rzeczy niedokończonych.

Budzik dzwonił od dobrych trzech minut, kiedy Zbyszek w końcu otworzył oczy. Natychmiast zresztą tego pożałował.

Sufit nad łóżkiem miał głęboką rysę, która biegła od lampy (bez klosza, bo klosz spadł w październiku i Zbyszek obiecał sobie, że kupi nowy „w weekend") do ściany, gdzie znikała pod tapetą. Tapeta odchodziła od ściany tak, jak Zbyszek odszedł od życia we Wrocławiu — powoli, z wahaniem, ale nieodwracalnie.

Wstał.

Łazienka nie miała drzwi. Miała framugę, w której kiedyś były drzwi, ale Zbyszek je zdjął osiemnaście miesięcy temu, żeby je przeszlifować i pomalować, i od tego czasu stały oparte o ścianę w korytarzu, pokryte jedną warstwą podkładu i grubą warstwą kurzu. Mieszkał sam, więc technicznie rzecz biorąc drzwi do łazienki nie były mu potrzebne, ale za każdym razem, kiedy wchodził do łazienki, widział framugę bez drzwi i czuł to samo co człowiek, który pożycza komuś książkę i nigdy jej nie dostaje z powrotem — nieokreślony dyskomfort i poczucie, że coś jest nie tak ze światem.

Kafelki w łazience były położone do połowy ściany. Dolna połowa wyglądała całkiem profesjonalnie — bo dolną połowę kładł Rysiek, kolega Wieśka, za flaszkę i obiad w polskiej restauracji w Harlösa. Górna połowa była dziełem Zbyszka i wyglądała tak, jakby ktoś kazał osobie z zawiązanymi oczami grać w Tetrisa na ścianie. On sam mówił sobie, że to dodaje charakteru. Nikt się z nim nie zgodził, ale nikt też nie powiedział mu tego w twarz, bo Polacy w Skanii nauczyli się, że Zbyszek i remonty to jest taki temat, jak pogoda — można komentować do woli, ale ostatecznie zmienić się nie da.

Umył się. Woda była letnia, bo bojler robił to, co chciał — czasem grzał, czasem nie, a Zbyszek nie potrafił ustalić zależności. Podejrzewał, że bojler jest powiązany z fazami księżyca albo z nastrojem jego matki.

W kuchni — a właściwie w pomieszczeniu, które kiedyś będzie kuchnią, jak Bóg da i Zbyszek się ogarnie — nie było blatów. Były szafki, częściowo zamontowane, częściowo stojące na podłodze. Ekspres do kawy stał na kartonie, który kiedyś zawierał płytki podłogowe. Zbyszek zrobił kawę, zjadł dwa tosty z masłem (toster stał na drugim kartonie, tym od zlewozmywaka, który leżał w piwnicy od roku) i popatrzył przez okno.

Löberöd o siódmej rano w marcu wyglądał jak każde inne miejsce o tej porze — już obudzony, ale jeszcze senny. Płaskie pola ciągnęły się do horyzontu, przerywane tu i tam lasami albo czerwoną stodołą. Niebo było jasne, z wiatrową zasłoną chmur na wschodzie — marzec w Skanii miał te dni, które mogły być przyszywane do lata lub do zimy w zależności od kaprysu pogody. Dziś wyglądało na dzień, który będzie chłodny, ale słoneczny. Gdzieś w oddali jechał traktor. Gdzieś bliżej, na sąsiednim podwórku, szczekał pies, którego Zbyszek widział może trzy razy i za każdym razem pies szczekał, jakby Zbyszek był osobistą obrazą dla jego psiej godności.

Wsiadł do samochodu. Volvo V70, rocznik 2007, kupione od Wieśka za cenę, o której Zbyszek wolał nie myśleć, bo kiedy później sprawdził w internecie, okazało się, że przepłacił o jakieś pięć tysięcy koron. Wiesiek tłumaczył, że „za tę cenę to jest jak za darmo, Zbyszek, Volvo to jest Volvo, to ci posłuży dziesięć lat" — co technicznie mogło być prawdą, jeśli Zbyszek nie będzie jeździł dalej niż do Malmö i z powrotem.

E22 o tej porze to był korek od Hurvy do zjazdu na Lund, potem puszczało. Trzydzieści pięć minut, czasem czterdzieści. Zbyszek włączał podcast o pisarstwie — jakiś Amerykanin tłumaczył, jak „znaleźć swój głos narracyjny" i „budować nawyk pisania przez codzienne ćwiczenia" — a Zbyszek kiwał głową, zgadzał się ze wszystkim i wiedział, że wieczorem zamiast pisać znów będzie oglądał YouTube'a albo dłubał przy futrynie.

W korku myślał o rzeczach, o których myśli człowiek w korku: że benzyna znów zdrożała, że powinien w końcu wymienić wycieraczki, że matka dzwoniła wczoraj i pytała, kiedy wróci, i że nie umiał jej powiedzieć, że nie wraca, bo za każdym razem, kiedy próbował, ona zaczynała mówić o tym, jak ciotka Henia sprzedała mieszkanie i czy Zbyszek nie chciałby kupić, bo ciotka Henia da mu zniżkę, jakby mieszkania się kupowało jak kabanosy u Bożeny, na wagę i z rabatem dla swoich.

Co dalej? Po pracy Zbyszek pojedzie po chleb do Bożeny — i to będzie ostatni naprawdę spokojny zakup w jego życiu. Następny fragment: U Bożeny · więcej o książce.

© Jan Dzikowski. Fragment powieści „Nej, tack". Wszelkie prawa zastrzeżone — udostępnianie poza tą stroną wymaga zgody autora.


← Wróć do czytelni