Nej, tack · rozdział 1 (fragment)
U Bożeny
Po pracy Zbyszek nie pojechał od razu do domu, tylko podjechał na Möllevången do Bożeny. Zwykle jeździł tam w soboty — a dzisiaj oczywiście nie była sobota, był wtorek, ale Zbyszek potrzebował chleba i powiedzieć paru słów w ojczystym języku.
Sklep „U Bożeny" wyglądał jak portal do innego wymiaru i innych czasów. Z zewnątrz — zwykłe drzwi na zwykłej ulicy w Malmö, między kebabem a fryzjerem. Od środka — Polska. Regały z Krakusem i Winiarami. Kiełbasa zwisająca za ladą. Ogórki kiszone w słoikach takich, jakie matka Zbyszka miała w piwnicy we Wrocławiu. Chleb, który pachniał chlebem, a nie kartonem jak ten z ICA. Na tablicy korkowej ogłoszenia: „Szukam pokoju w Malmö, student, nie palę" pisane ręcznie. „Sprzedam Passata 2009, przegląd do lipca". „Polonijny piknik w niedzielę w Pildammsparken — przynieś swoją karkówkę".
Bożena stała za ladą jak zawsze — lat sześćdziesiąt z kawałkiem, włosy farbowane na kolor, który na pudełku nazywał się „kasztanowy", a w rzeczywistości był bliżej bakłażana. Miała fartuch z napisem „Kuchnia babci" i uśmiech, który oznaczał albo radość, albo nadchodzące plotki. Zwykle jedno i drugie.
— Zbyszku! Dawno cię nie było!
— Byłem w sobotę, pani Bożeno.
— No właśnie mówię, dawno! Cztery dni! Myślałam, że wyjechałeś.
Zbyszek wziął koszyk. Chleb, kabanosy, twaróg, ogórki. Bożena podążała za nim wzrokiem jak kamera przemysłowa z komentarzem społecznym.
— A słyszałeś, że Kowalczykowie wracają do Polski?
— Nie słyszałem.
— Wracają. Znaczy, ona chce wracać, on nie chce, ale ona kazała mu wybrać: albo Polska, albo rozwód. — Bożena obniżyła głos do poziomu, który w jej wykonaniu oznaczał „poufne", ale w praktyce był słyszalny w promieniu trzech metrów. — A Marciniak z Lund, ten od hydrauliki, wiesz który?
— Nie wiem.
— No ten, co remontował Janssonom łazienkę i potem się okazało, że rury położył do góry nogami. Nie pytaj mnie jak, bo ja się na tym nie znam, ale rury do góry nogami.
— Pani Bożeno, ile za kabanosy?
— Osiemdziesiąt pięć koron za kilo. A Wojtek, ten twój kolega…
— Nie mam kolegi Wojtka.
— To może Jacek? Taki wysoki, z Gdańska?
— Nie znam.
— No ten, co pracuje gdzieś w okolicach… nieważne. W każdym razie, rozwiódł się. — Bożena pakowała kabanosy z miną dostawcy tajnych dokumentów. — A ty? Masz kogoś?
— Nej, tack — powiedział Zbyszek odruchowo, po czym zdał sobie sprawę, że właśnie odpowiedział po szwedzku na pytanie po polsku. W polskim sklepie. Bożena popatrzyła na niego z wyrazem twarzy, którego Zbyszek nie umiał zinterpretować.
— Co?
— Znaczy… nie. Nie mam nikogo.
— Bo Marta, córka Krysiowej z Kristianstad, bardzo fajna dziewczyna, trzydzieści lat, pracuje w aptece…
— Pani Bożeno, naprawdę…
— Tylko mówię! — Bożena uniosła ręce w geście niewinności. — Nikt cię nie zmusza. Ale sama Marta pytała, czy znam jakiegoś fajnego Polaka w Malmö, bo tu sami żonaci albo dziwni. — Pauza. — Ty żonaty nie jesteś, to zostaje…
— Dziękuję za kabanosy, pani Bożeno.
Zapłacił. Swishem, bo gotówki nie nosił, a Bożena dwa lata temu w końcu zainstalowała terminal po tym, jak trzech klientów z rzędu próbowało jej płacić telefonem i jeden z nich zagroził, że pójdzie do Lidla.
© Jan Dzikowski. Fragment powieści „Nej, tack". Wszelkie prawa zastrzeżone — udostępnianie poza tą stroną wymaga zgody autora.